quote
"leżałam tak nawet nie wiem ile czasu. spał. mieliśmy za sobą upalny dzień, nasze ciała wydzielały woń potu zmieszanego z warszawsim smogiem. płakałam jak nigdy.nie wiem nawet czy za niego, czy za samą siebie. wiercił się niesamowicie, pewnie dlatego, że właśnie rozpętała się straszna burza. leżałam z nim w tym ciemnym pokoju, na starym tapczanie, który prawdopodobnie nigdy nie był prany. nasze ciała stykały się niemal w każdym z możliwych miejsc. mimo tego, że jego zapach zawsze uważałam za intensywnie pociągający, tym razem w ogóle nie mogłam go wyczuć. był nad wyraz spocony, jego dłonie aż płonęły, choć podobno to normalne przy tej paskudnej chorobie. leżałam, czując na piersi ciężar jego głowy osadzonej na nieuleczalnym ciele. wpatrywałam się w pustkę, czując, że moje oczy mają w tym momencie absolutnie martwy wyraz. zorientowałam się, że od dwudziestu minut śledzę trajektorię lotu muchy, która kreśliła ósemki pod żyrandolem. zaczęły przychodzić mi do głowy niezręczne metafory, które nie miały żadnego składu. ostrożnie zdjęłam z siebie jego objęcia, podeszłam do okna. wiatr wyrywał ludziom parasolki.wróciłam po chwili do niego i do dobrze mi już znanego widoku sufitu, który tak sobie oswoiłam. myślałam o tym, co mi umknęło, kiedy umknęło i dlaczego. ilu rzeczy nie doświadczyłam. ilu on już nie doświadczy.
podniosłam lekko głowę, by spojrzeć przez okno. poczułam chęć wypalenia papierosa. usiadłam na balkonie, zaciągnęłam się mocno i pomślałam o tym, że on już nigdy nie zaciągnie się ze mną. myślałam o nas, myślałam o tym, w jakim miejscu się znajduję, myślałam o mojej ojczyźnie i o tym dokąd to wszystko zmierza. gdzieś pomiędzy stekiem tych bzdur, które wypowiadałam po cichu sama do siebie, a popiołem, który przez moją nieuwagę spadał co chwilę na posadzkę, zauważyłam, jaka piękna jest pogoda. deszcz traktowany przez silny wiatr nawet nie zacinał ostro, a przesuwał się w lewo tworząc ogromne, pionowe bloki. na którymś z dachów wypadło z zawiasów okno. zapragnęłam, żeby świat był lepszy. żeby ludzie mieli o co walczyć, żeby cokolwiek nas scalało. żebyśmy potrafili mówić pięknie o rewolucji."
2009-10-07 // 13:13:04 // skomentuj (0)
dear Dear,
to będą chyba bardziej właściwe życzenia świąteczne. wiesz, jak to jest. przez cały rok wpada ci do głowy milion myśli, ale nigdy nie masz przy sobie notesu lub kawałka kartki. i zapominasz. gdy przychodzi co do czego, składasz pośpiesznie parę zdań, które - oczywiście - są szczere i płyną z serca, ale to nie TO.
życzę Ci wiele charyzmy. nie zmieniaj się dla nikogo, wręcz przeciwnie, wszystkim na złość rób co chcesz, niczego nie żałuj. spróbuj, a zobaczysz. okaże się, że właśnie to kochają najbardziej. możesz nawet nie robić nic, jeśli będziesz w tym autentyczna. i tak Cię pokochają. nie rozmawiaj ze słabszymi i zarówno oszczędź sobie wyniosłości. nie warto. i tak niczego się od nich nie nauczysz. zawsze ucz się od lepszych. nie pokazuj swoich słabości, łącznie z tymi słabościami do mężczyzn, które łatwo pomylić z uprzejmością czy przyjaźnią. raz na jakiś czas tylko zdegraduj swoje ego (ale tylko raz na jakiś czas!) do wielkości orzecha laskowego i zwyczajnie wypłacz się w ramię przyjaciela. zrozumie to i będzie nadal uważał Cię za wielką. brzmi strasznie. ale te reguły to nie jest gra. grę prowadzą ci, którzy nie potrafią uzasadnić swojego postępowania. a Ty masz się czuć ze sobą jak z ukochaną osobą, o której wiesz wszystko. ważne - nigdy nie zaczynaj grać! jeśli czujesz, że robisz coś nie tak, porzuć to. od razu. to, czego życzę Tobie to samoświadomość. jeśli przez całe życie zachowasz pewny wyraz twarzy, będziesz kobietą, której chcą słuchać i której pożądają, jeśli będziesz przekonana o tym, co robisz, wygrasz. życzę Ci, żeby każdy dzień miał dla Ciebie smak wygranej.
pamiętaj, to widać. to wszystko widać. to ma ogromne znaczenie. oczywiście należy dobrze to zrozumieć - wzrok, który będziesz na sobie czuła ma Cię nie krępować, masz czuć się swobodnie. w mowie, milczeniu i ruchu. jesteś obserwowana w każdej sekundzie swojego życia. no, chyba, że śpisz. choć życzę Ci, żebyś i wtedy była zawsze obserwowana ;)
mindset!
kocham Cię.
2009-01-04 // 22:46:07 // skomentuj (3)
Jesus came to the town
podobno dawno nic na blogu nie napisałam.
więc dla świętego spokoju:
życzę wszystkim, aby Nowy Rok był mniej chujowy niż poprzedni.
więcej kasy, mniej rzygania oraz samych piątek w szkole.
kissing
2009-01-02 // 22:42:23 // skomentuj (3)
lsd project
cały czas w rozjazdach. nie emocjonalnych na szczęście. była słoneczna chorwacja, niedługo bułgaria i amsterdam. tym razem RAZEM. wszystko jest już dobrze. a bywało różnie. po co prosto jak można skomplikować, tak? ;) trzeba po prostu pamiętać, że wszystko co złe jest wpisane w jakiś większy boski plan i na pewno zwróci się w postaci jeszcze większego szczęścia.
a, i dostałam się na studia. miałam mały problem z wyborem, ostatecznie zdecydowałam się dołączyć do 29-osobowej grupy fotografików prasowych na uw. myślę, że będzie to dobra zabawa.
btw. zachęcam do przesłuchania/kupna płyty lsd project.
2008-08-18 // 13:00:16 // skomentuj (1)
teraz albo nigdy
w skali od jeden do dziesięciu... przy Tobie dwanaście.
2008-06-16 // 14:08:04 // skomentuj (6)
melanż?
o kurwa.
chyba polubię zwierzęta.
2008-06-12 // 19:28:43 // skomentuj (3)
panu kubie dziękujemy za armageddon
niby taki bezproduktywny okres a tu jednak...
zastanawiam się, czym jest dla mnie miłość. związek. seks. próbuję zdefiniować te pojęcia na nowo. tak, głównie chyba tym właśnie teraz się zajmuję.
nie mam zielonego pojęcia na co mnie jeszcze stać. piję piwo i mam ochotę wywołać koniec świata. porozpierdalać witryny. w końcu wszystko już leży na wyprzedaży. łącznie z nami.
... muszę przestać czytać tą książkę.
2008-06-08 // 14:26:37 // skomentuj (2)
immature
wygląda na to, że przede mną cztery i pół miesiąca wakacji. matury przeszły bez echa.
a, i chłopak ze mną zerwał. również bez echa.
2008-05-25 // 13:27:36 // skomentuj (4)
giggity goo
byliśmy jak zwykle w klapsie. mieliśmy wypić jedno piwo, jednak zamówiliśmy drugie. spotkaliśmy australijczyka, który postawił nam dwa następne. przez cały czas powtarzał, że mój angielski jest perfekcyjny i że k o c h a ten lokal. następnie spotkaliśmy mikołaja i jego muzę. gdy stwierdziliśmy, że mamy dość, pośpiesznie dopiliśmy i pobiegliśmy na nocny. zdążyliśmy. jednak drzwi uginały się od alkoholu, strasznie były wypaczone, nie było miejsca. w końcu to kulturalna noc warszawy. muzea, spektakle... przypadkowa para, prawdpodobnie o zamiłowaniu dziennikarskim spytała nas o naszą świadomość polityczną. jako, że nie posiadamy takowej, odwrócilimy się. kupiliśmy piwo w kiosku. poszliśmy siku. przypadkowa kobieta zaczęła mnie wyzywać z racji tego, że niby mój 'chłopak' załatwia potrzebę pod murem. powinien pod drzewem. doszło do ciężkiej wymiany zdań. ponownie splotły się nasze losy z tajemniczymi dziennikarzami. tym razem spacer minął nam na rozmowie o, wiadomo, legalizacji. na następnym przystanku autobus również się nie zatrzymał, choć nie był tak pełen jak poprzedni. ruszyliśmy więc piechotą w stronę domu. po drodze spotkaliśmy kobietę, która kontemplowała głębokość wisły. odpaliliśmy nasze papierosy miętowe przyglądając się jej. podeszliśmy do niej niecałą sekundę po tym, jak zaczęła zdejmować buty. spytałam o jej imię. czyżbym odwiodła jakąś niewinną duszę od samobójstwa? okazało się, że nasze losy są nieprawdopodobnie pokrewne. podeszłam z dystansem do całej sytuacji, co wydawało się pomocne. szła boso. fleki jej się starły. we trójkę dotarliśmy do ronda. cudem zdążyliśmy na trzeci już nocny tego wieczora. nie wiem jak tego dokonaliśmy, ale w atmosferze hemp gru wysiedliśmy tam, gdzie zamierzaliśmy. niepotrzebnie biegliśmy, bo i tak mieliśmy zielone. światło.
jutro mam ostatni egzamin. jestem taka nieodpowiedzialna, omg!
2008-05-18 // 01:59:16 // skomentuj (1)